piątek, 25 grudnia 2009

Home, sweet home

Opowiem wam bajkę. Będzie to bajka o powrocie do domu.
Otóż z pewnych powodów ostatni raz w domu rodzinnym byłam na Wszytskich Sztywnych. Oczywiście zdążyłam zatęsknić za przyjaciółmi, rodzeństwem, ojcem a nawet matką. Dlatego z niecierpliwością czekałam na zbliżające się święta (Happy Fuckin Christmas btw). Otóż nie do końca byłam świadoma co mnie czeka. Podejrzewam, że nadmiar smogu, który jest bardzo popularny w Krakowie, przytłumił mi zmysły.

Środa rano. Krakowski dworzec PKP. Peron drugi. Godzina 12. Ja stojąca na peronie z plecakiem wyższym niż ja, przestępująca nerwowo z nogi a nogę bo "ten pociąg miał tu już być!!". Miła pani ogłasza przez megafon iż mój pociąg jest opóźniony ok 20 min za opóźnienie przepraszają i informują, że czas opóźnienia może ulec zmianie. Wszystko babka ciągnie na jednym wdechu. Nie powiem, kawał płuc musi mieć. Mija 20 minut no i jest. Szczęka opadała mi na brudny peron kiedy doliczyłam się trzech wagonów, ludzie obok płakali ze śmiechu, jedna ze staruszek zaczęła się modlić a matka z dzieckiem w wózku zbladła i poszła do kas wymienić bilet na inny pociąg. Kiedy ludzie wpychający się do środka doszli do momentu, w którym ponad połowa z nich (w tym mała, nieszczęsna ja) pozostała wciąż poza pociągiem, a zbita masa tłumu przestała przesuwać się w kierunku "wewnętrza", powzięłam diecezję o szybkiej zmianie pociągu. Na szczęście kobieta o pojętnych płucach zrobiła "ding dong" i obwieściła iż na peron pierwszy za chwilę podjedzie pociąg osobowy do Rzeszowa i takie tam. Szybka zmiana peronu, i nawet bez zmiany biletu mogłam sobie jechać trzy zamiast dwóch godzin w ciut mniejszym ścisku.
W końcu po długiej podróży dotarłam do miejsca gdzie się wychowywałam (nie, nie chodzi mi o bramy piekieł, ale blisko). Wchodzę a tu ani "jak dobrze Cie widzieć" ani "dobrze że wróciłaś" tylko "co tak długo". Rzuciłam więc toboły do pokoju, podkasałam rękawy i gotowa do pracy zapytałam kierownika tego obozu pracy "to co mam robić?", w odpowiedzi usłyszałam nieśmiertelne: "Ona się kurwa pyta co ma robić, a ja tu sobie ręce po łokcie urabiam! Jakby mało roboty było! Ja nie wiem w co mam ręce włożyć! Bezczelna gówniara..." i takie tam inne domowe smaczki. Od razu można było poczuć magię świąt normalnie. Po całym tym majdanie, późno w nocy ułożyło się dziecko w łóżku z książką aby chwile odpocząć i znów do akcji wkracza mama. Temat jej wypowiedzi brzmiał "Bo ty czytasz jakieś bzdury zamiast się uczyć". Po pół godzinnym wykładzie opuściła mój pokój z zadowoleniem i zostawiła mnie z papką w miejscu mózgu. Pomyślałam tylko "spoko, przynajmniej nie usłyszałam, że jestem gruba".
I w końcu nadeszła ona: Wigilia. Dzień w którym zasiada się do stołu z rodziną, łamie się opłatkiem, składa życzenia i uśmiecha szeroko. Normalnie cud, miód i orzeszki. Na taki dzień aż warto czekać. Tym bardziej jeśli bardzo nie lubi się swojej rodziny. Do ciotki się uśmiechasz, bo tak trzeba, bo to wigilia, bo trzeba być miłym. A kiedy z kuzynką łamiesz się opłatkiem i życzysz "wszystkiego naj", tak naprawdę myślisz "a żeby Cię jakiś TIR potrącił głupia szmato" i wiesz, że ona życzy Ci tego samego. Słodko :) jedynie z bratem i kuzynem nie miałam problemów z łamaniem się opłatkiem. Szybka wymiana białych kawałków tego tam ustrojstwa, burknięcie pod nosem: "najlepszego" i każde poszło dalej. Krótko i treściwie. I o to chodzi :)
Wieczerza chyliła się ku końcowi, gdy nagle moja matrona przeszła samą siebie. Bo u nas nigdy nie było zwyczaju dawania sobie prezentów pod choinkę. Naprawdę piękny zwyczaj: nie ma prezentów - nie ma problemu. Jakkolwiek sielanka została przerwana i mama umyślała sobie że kupi coś każdemu na gwiazdkę. Gdy dostałam swoją paczkę, otworzyłam ją pełna obaw i mym oczom ukazało się pudełko jakiegoś cudownego specyfiku na odchudzanie. I tu wyjaśniła się zagadka "dlaczego od przyjazdu nie usłyszałam, że przytyłam".

Nie ma jak w domu :)

Łabundek

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

A moze gdzies pojedziemy?

Ah ah wakacje w pełni, pogoda dopisuje, stan umysłu w miarę pozytywny, stan konta nie jest tak zły jak mógłby być... hmmm a może gdzieś pojedziemy? Tylko tak samemu to tak nie bardzo. Rozpocznijmy akcje szukania ekipy wyjazdowej :)

Na samiutkim początku już 3/4 ludzi, którym zaproponowaliśmy trip jest zdecydowanie na "tak", nieliczne wyjątki od razu powiedzą definitywne "nie" ("a bo cie nie lubię i nie chce z tobą jechać"), natomiast Jurek, Kasia, Marysia i Maciek powiedzą "eeee nie chce mi się, będzie do dupy". Wiadomo że pojadą (jeśli do wyjazdu dojdzie) ale muszą pomarudzić i ponarzekać, psując przy okazji chęci całej reszty, a w szczególności samego pomysłodawcy.

To może ustalimy termin w takim razie? Może końcem lipca? Nie jednak nie, połowa ludzi już zamalowała w swoich kalendarzykach ten dzień jako zajęty. Hmm, więc może początkiem sierpnia? Dwie dziewczyny błagalnie piszczą, żeby nie wtedy bo one mają wtedy okres i nie bardzo... No to może... Po dwóch dniach żywej dyskusji termin został wybrany. Patrzysz w kalendarz i widzisz, że jesteś wtedy umówiony z dentystą. No cóż, bierzesz telefon i odkładasz wizytę. Jak zęby spróchnieją to sobie wstawię sztuczne.

Pojawia się problem finansowy. No bo za ile? Wiadomo jak najtaniej. Ale dla jednych najtaniej, wcale nie oznacza to samo co dla innych? "Jak to w namiotach?! Na ziemi? żeby zaoszczędzić niecałą dychę za noc? Czy was pogrzało... etc..."

Powiedzmy, że przeskoczymy ten problem. Pojawia się pytanie "gdzie jedziemy?" I tu słychać głosy "Bieszczady!", "Jakie Bieszczady? Tatry! Zdecydowanie Tatry!!", "No niepoważni, przecież chyba lepiej pojechać nad morze?!"

Wcale nie muszę dodawać, że w trakcie tych wszystkich rozważań większa część ludzi się wykrusza? (zazwyczaj są to ci którzy na samym początku najgłośniej krzyczeli "tak" lub/i ci pod których dostosowano większość decyzji).

"A pocałujcie mnie w rzyć!"
Po dwóch tygodniach pakujesz się i z dwójką całkiem innych znajomych jedziesz tam gdzie ci pasuje najbardziej. Dojeżdżasz na miejsce i stwierdzasz, że zapomniałeś połowy potrzebnych ci rzeczy :)


Łabundek

wtorek, 5 maja 2009

Grupy

Dominującym sposobem na zrobienie kariery jest wyścig szczurów. Coraz więcej osób deliberując nad swoim 'jakże marnym' życiem mogą dojść do wniosku że taki wysiłek nie jest im niezbędny. Wymyślają nowe tendencje i sposoby na życie- grupy. Cholerne grupy, gdzie zazwyczaj kilku osobom zależy, reszta jest bo nie mają nic ciekawszego do roboty a jeszcze inni woleliby być gdzie indziej ale zostali zmuszeni przez siły ciemności, wykładowców zazwyczaj. Bo obracamy się jeszcze na poziomie studiów, nie zamierzam wybiegać w przyszłość aż tak daleko, kto wie czy jeszcze wtedy me piękne stópki będą stąpać po tej jakże wspaniałej ziemi (tzw. mała dygresja). Wracając do głównego wątku, ktoś się męczy a reszta ma to w 'ręce'(też 4 litery). Bycie ambitnym się nie przydaje bo po fakcie okazuje się ze zamiast 5 osób projekt/prace/zadanie/jakiekolwiek inne widzi-mi-się zrobiła 1. Jest ch***** bo tak i cały świat przeciwko nam! Stałe grupy, jak w każdej społeczności nadają poszczególnym jej członkom określone pozycje, określone role. A co gdy komuś się znudzi? Nowe role? nowe grupy? a może brak grupy? Przechodząc przez studia wśród jakże cudownych doświadczeń grupowych stwierdzam wszem i wobec że jestem na NIE i grupom i bieganiu.

Bocca il lupo,
Wątłe Drzewko

poniedziałek, 9 marca 2009

Trzecia płeć

Wczoraj, jak wszyscy wiemy, był dzień kobiet. Otóż chciałam podzielić się moim problemem, bo nie bardzo wiedziałam co zrobić z niektórymi ludźmi. Rozglądnij się po ulicy i poszukaj normalnego faceta, ale takiego normalnego... No nie ma! Sami metro-seksualni osobnicy, choć 3-4 lata temu powiedziałabym "pedały". No ale na dzień dzisiejszy tona żelu, różowa bluza czy obcisłe spodnie to atrybuty dobrze ubranego, podążającego za modą chłopaka! Zastanawiam się co pcha te biedne duszyczki ku tak brutalnym rozwiązaniom ubraniowym? Tylko jedno przychodzi mi na myśl: szatan! Zaprawdę powiadam wam, szatan kieruje ich cherlawym i nic nie wartym żywotem. Zapytacie po co? przecie nawet diabeł nie jest aż takim masochistą, ażeby ściągać ich w swe domostwo. I ja wam odpowiadam: nie wiem...

No ale wracając do problemu: Czy ja im czy oni mi powinni dać kwiatka 8 marca? Bo to niby u mnie dowodzie widnieje "k" jak kobieta, ale patrząc na nich mam ochotę się go zrzec.

Łabundek

niedziela, 22 lutego 2009

Z pamiętnika młodego narciarza.

Będąc młodym narciarzem, wybrałem się pewnego razu, i tu niespodzianka, na narty. Ot, zwykły rodzinny wyjazd. Z pokorą znosząc konieczność wstawania na długo zanim zrobiło to słońce, przygotowałem sprzęt i wraz z moją ukochaną rodzinką wyruszyliśmy w podróż pełną przygód i bestii z piekła ro... eee... no dobrze, może niekoniecznie bestii i nie bardzo z piekła rodem, no ale do tego wrócimy później. Właściwie to przygód też zbytnio nie było. W sumie była to tylko bardzo ciekawa podróż. No może tylko trochę. A tak prawdę mówiąc to wcale. Postaraj się kurka nie zasnąć za kierownicą jadąc o 6 rano po jakichś 4 godzinach snu.
Było nie było, dojechaliśmy. Przed nami roztarła się wspaniała panorama Puław. Chociaż nie do końca tak wspaniała. Właściwie to gówno było widać. No ale nic, zdeterminowani ubraliśmy buty, i rozpoczęliśmy morderczą wspinaczkę pod wyciąg. Właściwie było to tylko jakieś 200 metrów, ale komu by się, kurka, chciało?
Po kupieniu karnetów w cenie 50 złotych za okres od 9 do 16 i po dokładnym przeliczeniu, stwierdziliśmy 2 fakty: Po pierwsze, wystarczy przejechać 15 razy, aby koszt jednego przejazdu wyszedł taniej niż w nieopodal położonym Karlikowie; Po drugie, wyjeździmy się jak cholera za grosze.
I właśnie w tym momencie wkraczają owe nie do końca bestie z piekła nierodem. Zjeżdżamy z górki i naszym oczom ukazał się niesamowity widok: w okolicach kas otworzyły się wrota niepiekieł i wypełznęły z nich niebestie! Wszystkie miały tylko jeden cel: uprzykrzyć nam nasz wyjazd! Co im się w sumie udało. Po około 4 zjazdach stwierdziliśmy, że stanie 15 min. w kolejce nie jest takie fajne i w ten oto sposób carving zamienił się w barwing.
Jeszcze byłbym w stanie tej górce odpuścić taki tłok, w końcu była to sobota zaraz po feriach. Ale jeszcze pod koniec jakaś moc piekielna wyłączyła wyciąg! I co teraz? Wyciąg nieczynny, Ty masz jeszcze karnet na 2 godziny a kasy w okienku pilnował chyba jakiś szkot (albo Poznaniak) bo kasy za cholerę oddać nie chcieli.

I w ten oto sposób wyciąg w Puławach został dożywotnio ekskomunikowany.
Rdza im na maszynerię
Odwilż na stoki
A hemoroidy kasjerom
Amen

Pozdrawiam,

Mee (old fart)

czwartek, 19 lutego 2009

Nas tu panie dymają

Tak sobie ostatnio myślę że my wszyscy tu w dużych polskich miastach jesteśmy jak ci murzyni z nowojorskiego getta. Niby wielcy z nas obywatele i pany nad pany bo prawa swoje mamy, ale tak naprawdę to tych kilkoro co się do żłoba dorwało wali nam konkretnego kloca na głowy. Wmawiają nam że mamy teraz demokrację i nasz głos się liczy a tak po prawdzie to możemy wybrać między jednym dymającym nas ćwokiem a drugim, jakby nam to robiło naprawdę jakąś różnicę, bez wazeliny nas biorą i tyle. Telewizja pokazuje nam świat gdzie każdy może być panem a ja idąc po ulicy widzę skołowanych Janów , którzy może kiedyś dojdą do tego że coś jest tu chyba nie tak. Codziennie możemy obejrzeć sobie porady jak wyglądać fajnie, jaki sobie nowy ekstra-bajerancki gajer sprawić i jaki fryz strzelić. Rewelacja! Jak tylko zdobędę coś do żarcia w promocji i za ostatnie pieniądze opłacę prąd zaraz lecę do Prady... Tak po prawdzie w zadach mają nas rzesze posłów, radnych i redaktorów, którzy zwykłych ludzi oglądają głównie przez szybę BMW.
Wmówili nam że studia zrobią z nas kozaków, a w rzeczywistości to może nas z łaski gdzieś do roboty wśród wspaniałych amerykopochodnych biur wezmą i całe dnie będziemy się płaszczyć przed jakimś grubym ćwokiem, za pensje która zrobi z nas klasę średnią czyli w wolnym tłumaczeniu frajerów.
A w ogóle szczyt mamy... NATO... myślą pewnie komu się jeszcze za dobrze żyje i trzeba mu zanieść naszą przewspaniałą cywilizację albo komu rodzinę zabić żebyśmy my, wedle ich patrzenia bydło, się nie burzyli bo przecie oni z terrorystami walczą... ja mówię na pal wszystkich jak leci a potem rozdajmy noże i ten kto przeżyje gasi światło.

A poza tym trzeba być dobrze ukierunkowanym debilem żeby zarobić milion dolarów :P

pozdr
Husanobi