piątek, 25 grudnia 2009

Home, sweet home

Opowiem wam bajkę. Będzie to bajka o powrocie do domu.
Otóż z pewnych powodów ostatni raz w domu rodzinnym byłam na Wszytskich Sztywnych. Oczywiście zdążyłam zatęsknić za przyjaciółmi, rodzeństwem, ojcem a nawet matką. Dlatego z niecierpliwością czekałam na zbliżające się święta (Happy Fuckin Christmas btw). Otóż nie do końca byłam świadoma co mnie czeka. Podejrzewam, że nadmiar smogu, który jest bardzo popularny w Krakowie, przytłumił mi zmysły.

Środa rano. Krakowski dworzec PKP. Peron drugi. Godzina 12. Ja stojąca na peronie z plecakiem wyższym niż ja, przestępująca nerwowo z nogi a nogę bo "ten pociąg miał tu już być!!". Miła pani ogłasza przez megafon iż mój pociąg jest opóźniony ok 20 min za opóźnienie przepraszają i informują, że czas opóźnienia może ulec zmianie. Wszystko babka ciągnie na jednym wdechu. Nie powiem, kawał płuc musi mieć. Mija 20 minut no i jest. Szczęka opadała mi na brudny peron kiedy doliczyłam się trzech wagonów, ludzie obok płakali ze śmiechu, jedna ze staruszek zaczęła się modlić a matka z dzieckiem w wózku zbladła i poszła do kas wymienić bilet na inny pociąg. Kiedy ludzie wpychający się do środka doszli do momentu, w którym ponad połowa z nich (w tym mała, nieszczęsna ja) pozostała wciąż poza pociągiem, a zbita masa tłumu przestała przesuwać się w kierunku "wewnętrza", powzięłam diecezję o szybkiej zmianie pociągu. Na szczęście kobieta o pojętnych płucach zrobiła "ding dong" i obwieściła iż na peron pierwszy za chwilę podjedzie pociąg osobowy do Rzeszowa i takie tam. Szybka zmiana peronu, i nawet bez zmiany biletu mogłam sobie jechać trzy zamiast dwóch godzin w ciut mniejszym ścisku.
W końcu po długiej podróży dotarłam do miejsca gdzie się wychowywałam (nie, nie chodzi mi o bramy piekieł, ale blisko). Wchodzę a tu ani "jak dobrze Cie widzieć" ani "dobrze że wróciłaś" tylko "co tak długo". Rzuciłam więc toboły do pokoju, podkasałam rękawy i gotowa do pracy zapytałam kierownika tego obozu pracy "to co mam robić?", w odpowiedzi usłyszałam nieśmiertelne: "Ona się kurwa pyta co ma robić, a ja tu sobie ręce po łokcie urabiam! Jakby mało roboty było! Ja nie wiem w co mam ręce włożyć! Bezczelna gówniara..." i takie tam inne domowe smaczki. Od razu można było poczuć magię świąt normalnie. Po całym tym majdanie, późno w nocy ułożyło się dziecko w łóżku z książką aby chwile odpocząć i znów do akcji wkracza mama. Temat jej wypowiedzi brzmiał "Bo ty czytasz jakieś bzdury zamiast się uczyć". Po pół godzinnym wykładzie opuściła mój pokój z zadowoleniem i zostawiła mnie z papką w miejscu mózgu. Pomyślałam tylko "spoko, przynajmniej nie usłyszałam, że jestem gruba".
I w końcu nadeszła ona: Wigilia. Dzień w którym zasiada się do stołu z rodziną, łamie się opłatkiem, składa życzenia i uśmiecha szeroko. Normalnie cud, miód i orzeszki. Na taki dzień aż warto czekać. Tym bardziej jeśli bardzo nie lubi się swojej rodziny. Do ciotki się uśmiechasz, bo tak trzeba, bo to wigilia, bo trzeba być miłym. A kiedy z kuzynką łamiesz się opłatkiem i życzysz "wszystkiego naj", tak naprawdę myślisz "a żeby Cię jakiś TIR potrącił głupia szmato" i wiesz, że ona życzy Ci tego samego. Słodko :) jedynie z bratem i kuzynem nie miałam problemów z łamaniem się opłatkiem. Szybka wymiana białych kawałków tego tam ustrojstwa, burknięcie pod nosem: "najlepszego" i każde poszło dalej. Krótko i treściwie. I o to chodzi :)
Wieczerza chyliła się ku końcowi, gdy nagle moja matrona przeszła samą siebie. Bo u nas nigdy nie było zwyczaju dawania sobie prezentów pod choinkę. Naprawdę piękny zwyczaj: nie ma prezentów - nie ma problemu. Jakkolwiek sielanka została przerwana i mama umyślała sobie że kupi coś każdemu na gwiazdkę. Gdy dostałam swoją paczkę, otworzyłam ją pełna obaw i mym oczom ukazało się pudełko jakiegoś cudownego specyfiku na odchudzanie. I tu wyjaśniła się zagadka "dlaczego od przyjazdu nie usłyszałam, że przytyłam".

Nie ma jak w domu :)

Łabundek

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

A moze gdzies pojedziemy?

Ah ah wakacje w pełni, pogoda dopisuje, stan umysłu w miarę pozytywny, stan konta nie jest tak zły jak mógłby być... hmmm a może gdzieś pojedziemy? Tylko tak samemu to tak nie bardzo. Rozpocznijmy akcje szukania ekipy wyjazdowej :)

Na samiutkim początku już 3/4 ludzi, którym zaproponowaliśmy trip jest zdecydowanie na "tak", nieliczne wyjątki od razu powiedzą definitywne "nie" ("a bo cie nie lubię i nie chce z tobą jechać"), natomiast Jurek, Kasia, Marysia i Maciek powiedzą "eeee nie chce mi się, będzie do dupy". Wiadomo że pojadą (jeśli do wyjazdu dojdzie) ale muszą pomarudzić i ponarzekać, psując przy okazji chęci całej reszty, a w szczególności samego pomysłodawcy.

To może ustalimy termin w takim razie? Może końcem lipca? Nie jednak nie, połowa ludzi już zamalowała w swoich kalendarzykach ten dzień jako zajęty. Hmm, więc może początkiem sierpnia? Dwie dziewczyny błagalnie piszczą, żeby nie wtedy bo one mają wtedy okres i nie bardzo... No to może... Po dwóch dniach żywej dyskusji termin został wybrany. Patrzysz w kalendarz i widzisz, że jesteś wtedy umówiony z dentystą. No cóż, bierzesz telefon i odkładasz wizytę. Jak zęby spróchnieją to sobie wstawię sztuczne.

Pojawia się problem finansowy. No bo za ile? Wiadomo jak najtaniej. Ale dla jednych najtaniej, wcale nie oznacza to samo co dla innych? "Jak to w namiotach?! Na ziemi? żeby zaoszczędzić niecałą dychę za noc? Czy was pogrzało... etc..."

Powiedzmy, że przeskoczymy ten problem. Pojawia się pytanie "gdzie jedziemy?" I tu słychać głosy "Bieszczady!", "Jakie Bieszczady? Tatry! Zdecydowanie Tatry!!", "No niepoważni, przecież chyba lepiej pojechać nad morze?!"

Wcale nie muszę dodawać, że w trakcie tych wszystkich rozważań większa część ludzi się wykrusza? (zazwyczaj są to ci którzy na samym początku najgłośniej krzyczeli "tak" lub/i ci pod których dostosowano większość decyzji).

"A pocałujcie mnie w rzyć!"
Po dwóch tygodniach pakujesz się i z dwójką całkiem innych znajomych jedziesz tam gdzie ci pasuje najbardziej. Dojeżdżasz na miejsce i stwierdzasz, że zapomniałeś połowy potrzebnych ci rzeczy :)


Łabundek

wtorek, 5 maja 2009

Grupy

Dominującym sposobem na zrobienie kariery jest wyścig szczurów. Coraz więcej osób deliberując nad swoim 'jakże marnym' życiem mogą dojść do wniosku że taki wysiłek nie jest im niezbędny. Wymyślają nowe tendencje i sposoby na życie- grupy. Cholerne grupy, gdzie zazwyczaj kilku osobom zależy, reszta jest bo nie mają nic ciekawszego do roboty a jeszcze inni woleliby być gdzie indziej ale zostali zmuszeni przez siły ciemności, wykładowców zazwyczaj. Bo obracamy się jeszcze na poziomie studiów, nie zamierzam wybiegać w przyszłość aż tak daleko, kto wie czy jeszcze wtedy me piękne stópki będą stąpać po tej jakże wspaniałej ziemi (tzw. mała dygresja). Wracając do głównego wątku, ktoś się męczy a reszta ma to w 'ręce'(też 4 litery). Bycie ambitnym się nie przydaje bo po fakcie okazuje się ze zamiast 5 osób projekt/prace/zadanie/jakiekolwiek inne widzi-mi-się zrobiła 1. Jest ch***** bo tak i cały świat przeciwko nam! Stałe grupy, jak w każdej społeczności nadają poszczególnym jej członkom określone pozycje, określone role. A co gdy komuś się znudzi? Nowe role? nowe grupy? a może brak grupy? Przechodząc przez studia wśród jakże cudownych doświadczeń grupowych stwierdzam wszem i wobec że jestem na NIE i grupom i bieganiu.

Bocca il lupo,
Wątłe Drzewko

poniedziałek, 9 marca 2009

Trzecia płeć

Wczoraj, jak wszyscy wiemy, był dzień kobiet. Otóż chciałam podzielić się moim problemem, bo nie bardzo wiedziałam co zrobić z niektórymi ludźmi. Rozglądnij się po ulicy i poszukaj normalnego faceta, ale takiego normalnego... No nie ma! Sami metro-seksualni osobnicy, choć 3-4 lata temu powiedziałabym "pedały". No ale na dzień dzisiejszy tona żelu, różowa bluza czy obcisłe spodnie to atrybuty dobrze ubranego, podążającego za modą chłopaka! Zastanawiam się co pcha te biedne duszyczki ku tak brutalnym rozwiązaniom ubraniowym? Tylko jedno przychodzi mi na myśl: szatan! Zaprawdę powiadam wam, szatan kieruje ich cherlawym i nic nie wartym żywotem. Zapytacie po co? przecie nawet diabeł nie jest aż takim masochistą, ażeby ściągać ich w swe domostwo. I ja wam odpowiadam: nie wiem...

No ale wracając do problemu: Czy ja im czy oni mi powinni dać kwiatka 8 marca? Bo to niby u mnie dowodzie widnieje "k" jak kobieta, ale patrząc na nich mam ochotę się go zrzec.

Łabundek

niedziela, 22 lutego 2009

Z pamiętnika młodego narciarza.

Będąc młodym narciarzem, wybrałem się pewnego razu, i tu niespodzianka, na narty. Ot, zwykły rodzinny wyjazd. Z pokorą znosząc konieczność wstawania na długo zanim zrobiło to słońce, przygotowałem sprzęt i wraz z moją ukochaną rodzinką wyruszyliśmy w podróż pełną przygód i bestii z piekła ro... eee... no dobrze, może niekoniecznie bestii i nie bardzo z piekła rodem, no ale do tego wrócimy później. Właściwie to przygód też zbytnio nie było. W sumie była to tylko bardzo ciekawa podróż. No może tylko trochę. A tak prawdę mówiąc to wcale. Postaraj się kurka nie zasnąć za kierownicą jadąc o 6 rano po jakichś 4 godzinach snu.
Było nie było, dojechaliśmy. Przed nami roztarła się wspaniała panorama Puław. Chociaż nie do końca tak wspaniała. Właściwie to gówno było widać. No ale nic, zdeterminowani ubraliśmy buty, i rozpoczęliśmy morderczą wspinaczkę pod wyciąg. Właściwie było to tylko jakieś 200 metrów, ale komu by się, kurka, chciało?
Po kupieniu karnetów w cenie 50 złotych za okres od 9 do 16 i po dokładnym przeliczeniu, stwierdziliśmy 2 fakty: Po pierwsze, wystarczy przejechać 15 razy, aby koszt jednego przejazdu wyszedł taniej niż w nieopodal położonym Karlikowie; Po drugie, wyjeździmy się jak cholera za grosze.
I właśnie w tym momencie wkraczają owe nie do końca bestie z piekła nierodem. Zjeżdżamy z górki i naszym oczom ukazał się niesamowity widok: w okolicach kas otworzyły się wrota niepiekieł i wypełznęły z nich niebestie! Wszystkie miały tylko jeden cel: uprzykrzyć nam nasz wyjazd! Co im się w sumie udało. Po około 4 zjazdach stwierdziliśmy, że stanie 15 min. w kolejce nie jest takie fajne i w ten oto sposób carving zamienił się w barwing.
Jeszcze byłbym w stanie tej górce odpuścić taki tłok, w końcu była to sobota zaraz po feriach. Ale jeszcze pod koniec jakaś moc piekielna wyłączyła wyciąg! I co teraz? Wyciąg nieczynny, Ty masz jeszcze karnet na 2 godziny a kasy w okienku pilnował chyba jakiś szkot (albo Poznaniak) bo kasy za cholerę oddać nie chcieli.

I w ten oto sposób wyciąg w Puławach został dożywotnio ekskomunikowany.
Rdza im na maszynerię
Odwilż na stoki
A hemoroidy kasjerom
Amen

Pozdrawiam,

Mee (old fart)

czwartek, 19 lutego 2009

Nas tu panie dymają

Tak sobie ostatnio myślę że my wszyscy tu w dużych polskich miastach jesteśmy jak ci murzyni z nowojorskiego getta. Niby wielcy z nas obywatele i pany nad pany bo prawa swoje mamy, ale tak naprawdę to tych kilkoro co się do żłoba dorwało wali nam konkretnego kloca na głowy. Wmawiają nam że mamy teraz demokrację i nasz głos się liczy a tak po prawdzie to możemy wybrać między jednym dymającym nas ćwokiem a drugim, jakby nam to robiło naprawdę jakąś różnicę, bez wazeliny nas biorą i tyle. Telewizja pokazuje nam świat gdzie każdy może być panem a ja idąc po ulicy widzę skołowanych Janów , którzy może kiedyś dojdą do tego że coś jest tu chyba nie tak. Codziennie możemy obejrzeć sobie porady jak wyglądać fajnie, jaki sobie nowy ekstra-bajerancki gajer sprawić i jaki fryz strzelić. Rewelacja! Jak tylko zdobędę coś do żarcia w promocji i za ostatnie pieniądze opłacę prąd zaraz lecę do Prady... Tak po prawdzie w zadach mają nas rzesze posłów, radnych i redaktorów, którzy zwykłych ludzi oglądają głównie przez szybę BMW.
Wmówili nam że studia zrobią z nas kozaków, a w rzeczywistości to może nas z łaski gdzieś do roboty wśród wspaniałych amerykopochodnych biur wezmą i całe dnie będziemy się płaszczyć przed jakimś grubym ćwokiem, za pensje która zrobi z nas klasę średnią czyli w wolnym tłumaczeniu frajerów.
A w ogóle szczyt mamy... NATO... myślą pewnie komu się jeszcze za dobrze żyje i trzeba mu zanieść naszą przewspaniałą cywilizację albo komu rodzinę zabić żebyśmy my, wedle ich patrzenia bydło, się nie burzyli bo przecie oni z terrorystami walczą... ja mówię na pal wszystkich jak leci a potem rozdajmy noże i ten kto przeżyje gasi światło.

A poza tym trzeba być dobrze ukierunkowanym debilem żeby zarobić milion dolarów :P

pozdr
Husanobi

poniedziałek, 16 lutego 2009

Cruel World...

Józia, Marysia i Stasia, trzy najlepsze psiapsiółeczki, wszędzie razem chichoczące przy byle okazji, dzielące się wszystkim, czasem nawet własnymi chłopakami. Jedna za drugą, druga za trzecią, trzecia za pierwszą dałaby sobie głowę uciąć... no może nie głowę, ręka byłaby chyba bardziej trafna... chociaż jak tak dłużej pomyślimy to taka ręka jest przydatna nie? wystarczy palec, no nie?... powiedziałam palec? miałam na myśli paznokieć!... jakie uciąć? przypiłować i to tylko odrobinkę!
Prawda jest taka, że jedna nienawidzi drugiej, druga pierwszej i trzeciej, a trzecia każdego kto ma dłuższe nogi niż ona. Jedna skoczy do sklepu ("aaaaaa! złamał mi się tipsik! dzieffffczynki poczekajcie kupię sobie SuPeR GlUe albo KrOpElKe i zaraz bede save!")zaraz dwie pozostałe obgadają jej tyłek (-bleeee, mogła by schudnąć nie?), tym bardziej jeśli ma dupe zgrabniejszą niż one obie razem wzięte.
Znasz to? No właśnie. I dlatego wolę nie mieć przyjaciół :D

Łabundek

sobota, 14 lutego 2009

Turistička Informacija

Warunki pogodowe:
Słonecznie, bezwietrznie, 110cm śniegu, bardzo dobre warunki narciarskie.
Decyzja: jedziemy na 3 dni.
W ten oto sposób rozpoczęła się nasza 3-dniowa wycieczka na narty na Słowację (Vysoke Tatry i Jasna). Wszystko ślicznie i pięknie, gdyby nie to, że po przyjeździe okazało się, że słońce świeci mocno, ale tylko z plakatów reklamowych.
Nie dość, że nie było słońca, to jeździliśmy niemal cały czas w chmurach (a spróbuj, kurka, odróżnić biały śnieg od białych chmur), dodatkowo padał piękny śnieżek, a dla wzmocnienia wrażeń wizualno-słuchowych pizgało tak, że nie słychać było osoby stojącej obok.
W ten sposób zamiast dobrej zabawy na białych stokach, mieliśmy wręcz fantastyczną walkę o przetrwanie. Gdyby to była Polska- zrozumiałbym. Ale Słowacja? Nie dość że informacja była, delikatnie mówiąc, nietrafna, to jeszcze Słowacja przyjęła Euro (a sprawdźcie sobie kurs tejże waluty na dzień dzisiejszy). To za co my do jasnej cholery płacimy?! Następnym razem dwa razy się zastanówcie zanim zdecydujecie się pojechać na Słowację na narty.
Dość. Idę pozabijać elektronicznych ludzików.

PS: Nie mógł ten śnieg spaść u nas wcześniej? Zaoszczędziłbym jakieś 2 stówy.
PSII: Że też spadł akurat kiedy zmieniłem opony w rowerze na slicki.

PSIII: Właściwie zawsze się zastanawiałem ile zajmuje zdrapanie człowieka z ulicy żyletką? Jak będę jechał na uczelnię to wezmę stoper...


Pozdrawiam,

Mee (old fart)

piątek, 6 lutego 2009

Oralny... błech...

Tak właśnie, jutro mam egzamin oralny (znany również jako egzamin ustny). Niestety przedmiot, z którego mam jutro odpowiadać, traktuje o wychowaniu. A wychowanie to temat rzeka, ile łbów tyle opinii, definicji, twierdzeń, sposobów itd. Można by pomyśleć: nad czym tu się rozwodzić? A jednak...
Podaj mi swoją definicje życia, nauczę się jej na pamięć i będę stosować! Tylko po co? Po co mam żyć, myśleć, rozumieć tak jak ktoś inny? Po co mi definicja wychowania wg. dr R? Kiedy ja inaczej rozumiem wychowanie, miłość, przyjaźń, społeczeństwo... Nienawidzę narzucania swojego myślenia komuś innemu. Po to są takie tematy, żeby o nich rozmawiać, a nie wykuwać je na pamięć. "Oj nie przeczytała pani tego co napisałem w mojej książce, która kosztuje w naszej księgarni jedynie 30zł. Tym razem będzie 3, tak na zachętę." A w rzyć mnie pan pocałuj. Jak będę wychowywać dziecko to też będziesz nade mną stał i pilnował żebym robiła wszystko tak jak w książce? Super Niania normalnie! Yeah!

Łabundek

środa, 4 lutego 2009

Milionerzy... nie latają.

Imaginujcie sobie co dzisiaj widziałem. Otóż wracam do domu po okrążeniu uczelniano-sklepowym i tak mnie naszło coby się w telewizor pogapić chwilę. W telewizji jak wiadomo nic ciekawego z zasady nie ma więc wrzuciliśmy TVN gdzie zwyczajowo leci papka dla kretynów więc materiał w sam raz żeby na chwilę się odciąć i odpocząć. Tak jakoś się złożyło że akurat nadawali Milionerów ze wspaniałym wiecznie młodym porywającym obezwładniającą charyzmą Hubertem (wężykiem Jasiu, wężykiem). Grała jakaś nastolatka wiekowo w okolicach liceum, dla uproszczenia nazwijmy ją Kryśka. Tak więc, w momencie kiedy zaczęliśmy oglądać Kryśka stała już chyba na piątym czy szóstym pytaniu z kwotą gdzieś koło dwudziestu pięciu tysięcy złotych (czy ile tam się wtedy ma). Pytacie co w tym niezwykłego czy tak porywającego że muszę wam tym głowy zawracać? Otóż w życiu chyba nie widziałem tak tępej idiotki. I nie ma w tym nacechowania emocjonalnego czy jakichś uprzedzeń... Kryśka jest po prostu głupsza od moich kapci, których za często nie nosze więc za dużo to one świata nie widziały. Niby tępota dziś nie dziwota (drzemie we mnie poeta jak nic... he he) ale Kryśka biła rekordy, po prostu tak ograniczonej i pozbawionej jakiejkolwiek wiedzy idiotki nie widziałem już sporo czasu. Ale to nie był powód mojej frustracji bo do tego że z nas poczciwych kretynów reforma edukacyjna zrobiła poważnych kretynów z tendencjami do debilizmu to chyba każdy wie. Mnie w bojowy nastrój wprowadził fakt że Kryśka jakimś cudem (zależnie od wiary wstawić: boskim [bóstwo dowolne], losowym, wynikającym z karmy czy prawdopodobieństwa) po potraktowaniu nas dawką głupawego chichotu za każdym razem zaznaczała poprawną odpowiedź... No żesz w mordę jeża i nożem go i na pal chama. To profesorowie spędzają lata studiując i gromadząc wiedzę a nie mogą wygrać teleturnieju tego typu a byle Kryśka przychodzi i czystym fartem wygrywa pięćset tysięcy (minus podatek od wygranej, nie ma tak dobrze he he he system musi jeść).

Nie wiem co było potem w telewizji. Lot z czwartego piętra nie służy elektronice... warto to zapamiętać. Nie ma ktoś może jakiegoś telewizora w rozsądnej cenie na sprzedaż?

Zdrowia,

Husanobi

Sesja, kurde.

Zastanawiałeś/łaś się kiedykolwiek jak fantastyczne byłyby studia, gdyby nie było sesji?
Bo ja myślę o tym cały czas. Myślę o tym tak często, że zaczyna mi brakować czasu na naukę i zadane projekty. Też o tym pomyślcie. Wyobrażacie sobie różowe kwiatki na łące? Zielone, skoszone, pachnące siano? Długie rozmyślanie nad muzyką i poezją? Rozłożone sztalugi i siebie z farbami w ręku? Naukę która jest przyjemnością, a nie katorgą? Tak? Serio? No to dziwne bo ja nie. Mi się marzy, że nikt nikomu nie będzie w dupę (opcjonalnie w rzyć) właził, żeby zaliczyć semestr. "Pani doktor, fan-ta-sty-czny wykład, no po prostu fenomenalny! Skąd pani wie takie rzeczy? Oh, to niesamowite! A właśnie tak skoro już rozmawiamy, to wiem, że nie zwalnia pani z egzaminów, ale mimo to może jest jednak szansa..." Bla, bla, bla... I dookoła ten beznadziejny wyścig szczurów. "Słuchaj mam pytania na egzamin ale nie dawaj nikomu, bo zbyt wiele osób nie może mieć "5" prawda?". No pierdolca można dostać! Dlaczego wchodząc na uczelnie, nie usłysze "Cześć, słuchaj idziemy na piwo. Idziesz z nami?" tylko "Kurde masz zadanie? Udowodniłaś coś? Umiesz? Umrzemy?". Już nawet bez "cześć" ani nawet bez starego, dobrego "spierdalaj".
O białą gorączkę przyprawia mnie fakt, kiedy osoba, która definiuje się jako przyjaciel, nie ma czasu gdy coś jest nie tak, ani nawet wtedy gdy wszystko jest ok i ma się ochotę poprostu pójść na spacer i pogadać, bo przecież "ja się muszę uczyć nie?".

Cóż...

Dobra ja kończę bo mi się na Skype pojawił pan dr. S. od analizy i musze porozmawiać z nim na temat tej łapówki, za którą ma mi dać 5...


Łabundek

wtorek, 3 lutego 2009

Powitać, powitać...

Cześć, witamy na naszym blogu, który założyliśmy z myślą o biednym świecie marzącym jedynie o tym by słuchać naszego narzekania i marudzenia.
Jako ekipa tworząca mamy nadzieję, iż zrzędzić będziemy często i na prawdziwą mnogość tematów.
No nic, zapraszamy do lektury jak już zamieścimy coś więcej.

Zdrowia,
Husanobi.